niedziela, 25 listopada 2012

02

Szedłem po różowej trasie wyznaczonej przez mój telefon. Przeszedłem przez Nowy Świat, wszedłem w bramę, przeszedłem przez zatłoczone Pawilony, obstawione nawet o tej zimnej porze roku przez bataliony palącej i popijającej piwo młodzieży (przy czym zakres wiekowy klienteli Pawilonów wyznacza chyba najszerszą możliwą definicję słowa "młodzież"), i przez ciasny parking wyszedłem na Smolną. Nad bramą budynku po lewej, między banerami zapraszającymi do sklepu z butami i manekinami zachwalającymi "odzież z zachodu", wisiała tablica z wystylizowanym napisem "Barometr". Proste, czyste formy banerów kontrastowały z budynkiem, sypiącym się w ten typowo polski sposób; sypiącym się z zaniedbania, braku pieniędzy lub chęci. Wszedłem w bramę.

Podwórko wyglądało jak miejsce pasujące bardziej do Pragi niż ścisłego centrum. Otwarta na jedną stronę studnia, stwarzająca schizofreniczne uczucie jednoczesnego zamknięcia i swobody, spinająca wrażenia tylko obdrapaniem otaczającej jej ścian. Gołe cegły, obsypane tynki, niechlujne gryzmoły, w tle rzędy samochodów i, dalej, kolejny sypiący się mur; z góry siąpiła mżawka, pod stopami przemieszane ze żwirem błoto. W tej scenerii, po lewej stronie, w towarzystwie paru mokrych ław z ogródek piwnego, znajdowały się drzwi, otwarte na prowadzące w dół schody. Przez uchylone piwniczne lufciki dobiegało łupanie muzyki. Zszedłem do piwnic, zapłaciłem pięć złotych, zostałem opieczątkowany i wszedłem do sali.

"Sali" to zbyt hojne określenie. Salka na kilkadziesiąt osób (przy dużym ścisku ze sto by może weszło), a jednym końcu miejsce na zespół, pod ścianami ławy i siedzenia. Ciemno, głośno, duszno, stoliki obsadzone ludźmi i piwem, między głowami stojących ledwo dojrzałem zespół, tych samych ludzi, z którymi wczoraj rozmawiałem w wagonie, ale zgodnie z ich zapowiedzią był z nimi ktoś jeszcze. Mój poszukiwany.

Przecisnąłem się nieco bliżej sceny. Łupanie basów kaleczyło mi uszy i denerwowałem się tym, że komuś zasłaniam; nie bywałem w takich miejscach, nie znałem zwyczajów ani norm. Stanąłem w końcu prawie pod samym głośnikiem, gdzie mogłem - po zatkaniu uszu palcami - przyjrzeć się zespołowi.

Poznałem wszystkich - gitarzystę sprawiającego wrażenie niedomytego, śliczną blond gitarzystkę, jej brata klawiszowca i perkusistę-anarchistę. Syn malarza stał na przeciwległym krańcu sceny. Był wyższy niż się spodziewałem; chociaż malarz do małych nie należał, to syn przerósł go o co najmniej pół głowy. Jego piaskowo-blond włosy były tej długości, która wynika z nieprzycinania włosów przystrzyżonych "na faceta" - ni to krótkie, ni to półdługie. Dzięki swojemu wzrostowi nie wyglądał komicznie z basem, instrument go nie przytłaczał tak, jak to często ma miejsce z niższymi muzykami. Grał przez większość czasu z zamkniętymi oczami, otwierając je tylko gdy śpiewał. Śpiewał nie tylko on, ale cała trójka gitarzystów, tworząc swoimi wokalami ścianę harmonii, opierającą się na gęstym, gitarowym brzmieniu zespołu. Całość brzmiała monumentalnie, w pewien sposób operowo, i żałowałem tylko, że głośność nie pozwala mi usłyszeć ich lepiej.

Przestałem cały koncert niezauważony i dopiero, gdy zespół skończył grać i zaczął zabierać się za zwijanie sprzętu, przeszedłem przez salę. Syn malarza ukucnął i zaczął zwijać kable.

- Przepraszam? - spytałem. Spojrzał na mnie, rękami nadal zawijając kable. - Aleksander Kotowicz?

- Ta. - Wstał. Był jeszcze wyższy niż mi się wydawało, na oko prawie dwa metry.

- Moje nazwisko Zieliński, Eryk Zieliński. - Podałem mu rękę, którą ścisnął krótko i mocno. - Jestem lekarzem, prowadzę twojego ojca.

- Tatę? - Odłożył kable na stojący obok głośnik. - Tata jest w szpitalu?

- Tak, został przywieziony we wtorek przez jego siostrę, Ilonę.

- Super. - Skrzywił się. - Szkurwa. Co mu jest?

- No właśnie chciałbym z tobą o tym porozmawiać. Nic mu nie grozi, ale mam wiele pytań i wydaje mi się, że ty najlepiej na nie odpowiesz.

Chłopak skinął głową, podszedł do klawiszowca i powiedział mu coś na ucho, w odpowiedzi zaś te poklepał go po ramieniu. Wyszliśmy z sali, a ja zobaczyłem jeszcze, że cały zespół za nami patrzy.

Salę koncertową łączył krotki korytarz z salą barową. Jako, ze występy się zakończyły, większość ludzi przeniosła się tymczasowo do tej części klubu, i teraz stali w kolejce do baru. Aleksander spytał mnie, czy sobie czegoś życzę (podziękowałem), po czym ominął kolejkę, wszedł za bar i wziął z lodówki piwo. Nie udało nam się znaleźć miejsca siedzącego, więc stanęliśmy we wnęce na korytarzu. Wyjaśniłem mu jak wygląda sytuacja z jego ojcem - jak do nas trafił, co mówiła jego ciotka, w jakim jest stanie - a on wysłuchał wszystkiego nie odrywając ode mnie wzroku. Dopiero, gdy skończyłem, chłopak wziął łyk piwa i spojrzał na bok, w ścianę.

- Ciotka ci powiedziała, że się pożarliśmy? - spytał.

- Powiedziała, że gdy ostatnio rozmawiała z Gabrielem, to mówił, że o coś się strasznie pokłóciliście, i że po raz kolejny zniknąłeś.

- "Po raz kolejny zniknąłeś" - prychnął. - Chujowo to brzmi. Jakbym był jakimś dzieciakiem co z domu ucieka żeby ojcu na złość zrobić.

- A jak to wygląda naprawdę?

Znów spojrzał na mnie, wyraźnie mnie ewaluując; albo nie wiedział, że jest to ewidentne, albo wiedział, ale nie chciał tego ukryć.W końcu spojrzał znów na ścianę.

- Naprawdę to bywało, że się kłóciliśmy. Wtedy normalnym było, że znikałem z domu. Na parę dni. To było normalne. Obaj wiedzieliśmy, że tak się stanie. Obaj wiedzieliśmy, że wrócę.

- Schodziłeś mu z drogi?

- To sugeruje, że zrobiłem coś złego.

- A nie?

- Nie. Już nie. Kiedyś tak. Teraz mamy tylko różne poglądy. Normalnie. Czasami ojciec nie umie z tym się zgodzić. A że umie się nieźle wkurwić to tak wychodzi.

- Jest cholerykiem?

Znów ewaluacja.

- Jest malarzem. Artystą. Humory to część jego pracy. To normalne.

Dużo mi nie mówił. Nadużywanie słowa "normalne". Krótkie, kontrolowane zdania. Nie trzeba było być specjalistą, żeby wyczuć, że za tym stoi o wiele więcej. Kiwnąłem głową.

- A co na to twoja siostra?

- Aśka? - wzruszył ramionami, wziął łyk piwa. - Aśka się wyniosła jak tylko miała szansę. Miała, ile... Dziewiętnaście lat? To ja miałem dwanaście. Coś koło.

- Źle jej było w domu?

- Nie lubiła ojca humorów. Poza tym ojciec staromodny był gdy szło o nią. Panienka z dobrego domu, te klimaty. Wiesz. - Znowu łyk piwa. - Nie wyobrażaj sobie tylko jakichś scen, dramatów, krzywd. Wszystko było ok, ale ona chciała czego innego.

- No dobrze. - Na razie i tak jeszcze śpi, pomyślałem; czasu na dogrzebanie się do prawdy będzie jeszcze dużo. Wyciągnąłem wizytówkę i długopis, napisałem z tyłu numer sali i piętro. - Twój ojciec leży tutaj. Prosiłbym, żebyś odwiedzał go jak najczęściej.

- Spok. A on słyszy, coś?

- Nie wiadomo. Nie reaguje, ale to nie znaczy, że nie słyszy. I jeszcze jedno... Prosiłbym cię o jakiś kontakt do Joanny.

Zawahał się zanim sięgnął po telefon. Podyktował mi numer. Nie sprawdził, czy na pewno poprawnie zapisałem.

środa, 21 listopada 2012

01

Malarza przywieziono na oddział wczoraj, we wtorek. Jest to moim zdaniem najbardziej pokrzywdzony dzień tygodnia; to dzień w którym ludzie jeszcze przeżywają poniedziałek, a nie ma jeszcze nadziei którą niesie środa. Malarza przywieziono właśnie we wtorek, przywieziony został przez kobietę która potem okazała się być jego siostrą.

To z powodu tej kobiety mówię o nim "malarz", a nie "pacjent", czy "Gabriel", czy "pan Kotowicz". To ona tak skutecznie we mnie wtarła ten schemat, że wciąż nie mogę na niego inaczej spojrzeć. Zresztą to była też moja pierwsza myśl, pierwsze skojarzenie gdy zobaczyłem go leżącego bezwładnie na łóżku w izbie przyjęć - że widziałem go wcale nie tak dawno temu, w galerii, na wystawie, na otwarciu wystawy, na otwarciu na które wszedłem z ulicy; nie wiedziałem wtedy, że jest malarzem, zauważyłem tylko jego wygląd, jego białe włosy, jego trzyczęściowy garnitur skrojony w przedwojennym stylu. Teraz jego siostra mi tłumaczyła, że to jest Gabriel Kotowicz, że jest m a l a r z e m, nie wariatem, a ja przypominałem sobie tę sztywną, elegancką postać z galerii, i porównywałem z tym bezwładem leżącym przede mną.

- Proszę pani - powiedziałem w końcu, gdy jej nerwowe trajkotanie przebiło się przez myśli. - Proszę spokojnie. Ja pani przeczytam co mam tutaj w karcie pacjenta, co spisała pielęgniarka przyjmująca, a pani mi powie, czy jest zgodne z prawdą. - Nie czekając na jej reakcję zacząłem czytać. - Gabriel Kotowicz, urodzony 12 grudnia 1961 roku, zamieszkały w Warszawie. Przyjęty na izbę w stanie niezidentyfikowanej katatonii.

Kobieta kiwnęła głową.

- Domniemuję, że to pani znalazła brata.

Znów kiwnęła głową.

- Proszę mi opisać okoliczności w jakich pani go znalazła.

Brat nie odbierał telefonu od wczoraj rana, to zupełnie nie w jego stylu, on zawsze taki dobry dla rodziny, nawet gdy pracował, bo wie pan, m a l a r s t w o to potrafi pochłonąć, ale nie Gabriel, no i w końcu postanowiła wpaść, i znalazła go tak w łóżku...

- W łóżku? Czyli nie upadł, nie uderzył się?

No nie, chyba że zanim się położył, musiał tak leżeć co najmniej dobę, bo jego syn to nie zajrzy nawet do ojca, a córka ma już własne życie, zresztą ona zawsze taka z boku była...

- A proszę mi powiedzieć, czy brat na coś choruje? Szczególnie pytam o wszelkie zaburzenia neurologiczne, depresyjne...

Jej twarz zaczynała przybierać (zbyt) dobrze mi znany grymas pretensji i zniecierpliwienia, mina opiekunów domagających się natychmiastowych diagnoz i działań poza kolejką. Nie, proszę pana, mój brat jest zupełnie zdrów, tak, miewa swoje humory, swoje bóle głowy, swoje smutki, ale w końcu jest a r t y s t ą, jest wrażliwy...

Powoli dostrzegałem powracający motyw jej wypowiedzi. Wyciągnąłem z kieszeni latarkę i zaświeciłem malarzowi w oczy. Zapadły mi w pamięć jego oczy, taki dziwny kolor, ni to błękit, ni to szarość, ale jednak bardzo jasne, nie wyblakłe. Źrenice obkurczyły się. Powoli, idąc w stronę stóp, zacząłem sprawdzać stawy, kości, mięśnie, skórę, ale zgodnie ze słowami siostry, urazów nie znalazłem. Siostry. Nie spytałem nawet, jak ma na imię.

- No dobrze, pani...?

- Ilona. Ilona Kotowicz.

- Pani Ilono. - Zrobiłem kolejnych kilka notatek w karcie. - Dobra wiadomośc jest taka, że pani brat nie jest połamany, zła jest taka, że zostaje tutaj dopóki nie ustalimy, czemu jest w katatonii. Albo dopóki się nie obudzi. Albo i to i to.

- A jak długo to może potrwać?

Złożyłem kartę i schowałem do folderu przyczepionego w nogach łóżka.

- Nie wiem. To nie ortopedia urazowa, żeby stwierdzić czy się zrośnie w pięć czy sześć tygodni. Psychiatria ma specjalne prawa czasowe.