Malarza przywieziono na oddział wczoraj, we wtorek. Jest to moim zdaniem najbardziej pokrzywdzony dzień tygodnia; to dzień w którym ludzie jeszcze przeżywają poniedziałek, a nie ma jeszcze nadziei którą niesie środa. Malarza przywieziono właśnie we wtorek, przywieziony został przez kobietę która potem okazała się być jego siostrą.
To z powodu tej kobiety mówię o nim "malarz", a nie "pacjent", czy "Gabriel", czy "pan Kotowicz". To ona tak skutecznie we mnie wtarła ten schemat, że wciąż nie mogę na niego inaczej spojrzeć. Zresztą to była też moja pierwsza myśl, pierwsze skojarzenie gdy zobaczyłem go leżącego bezwładnie na łóżku w izbie przyjęć - że widziałem go wcale nie tak dawno temu, w galerii, na wystawie, na otwarciu wystawy, na otwarciu na które wszedłem z ulicy; nie wiedziałem wtedy, że jest malarzem, zauważyłem tylko jego wygląd, jego białe włosy, jego trzyczęściowy garnitur skrojony w przedwojennym stylu. Teraz jego siostra mi tłumaczyła, że to jest Gabriel Kotowicz, że jest m a l a r z e m, nie wariatem, a ja przypominałem sobie tę sztywną, elegancką postać z galerii, i porównywałem z tym bezwładem leżącym przede mną.
- Proszę pani - powiedziałem w końcu, gdy jej nerwowe trajkotanie przebiło się przez myśli. - Proszę spokojnie. Ja pani przeczytam co mam tutaj w karcie pacjenta, co spisała pielęgniarka przyjmująca, a pani mi powie, czy jest zgodne z prawdą. - Nie czekając na jej reakcję zacząłem czytać. - Gabriel Kotowicz, urodzony 12 grudnia 1961 roku, zamieszkały w Warszawie. Przyjęty na izbę w stanie niezidentyfikowanej katatonii.
Kobieta kiwnęła głową.
- Domniemuję, że to pani znalazła brata.
Znów kiwnęła głową.
- Proszę mi opisać okoliczności w jakich pani go znalazła.
Brat nie odbierał telefonu od wczoraj rana, to zupełnie nie w jego stylu, on zawsze taki dobry dla rodziny, nawet gdy pracował, bo wie pan, m a l a r s t w o to potrafi pochłonąć, ale nie Gabriel, no i w końcu postanowiła wpaść, i znalazła go tak w łóżku...
- W łóżku? Czyli nie upadł, nie uderzył się?
No nie, chyba że zanim się położył, musiał tak leżeć co najmniej dobę, bo jego syn to nie zajrzy nawet do ojca, a córka ma już własne życie, zresztą ona zawsze taka z boku była...
- A proszę mi powiedzieć, czy brat na coś choruje? Szczególnie pytam o wszelkie zaburzenia neurologiczne, depresyjne...
Jej twarz zaczynała przybierać (zbyt) dobrze mi znany grymas pretensji i zniecierpliwienia, mina opiekunów domagających się natychmiastowych diagnoz i działań poza kolejką. Nie, proszę pana, mój brat jest zupełnie zdrów, tak, miewa swoje humory, swoje bóle głowy, swoje smutki, ale w końcu jest a r t y s t ą, jest wrażliwy...
Powoli dostrzegałem powracający motyw jej wypowiedzi. Wyciągnąłem z kieszeni latarkę i zaświeciłem malarzowi w oczy. Zapadły mi w pamięć jego oczy, taki dziwny kolor, ni to błękit, ni to szarość, ale jednak bardzo jasne, nie wyblakłe. Źrenice obkurczyły się. Powoli, idąc w stronę stóp, zacząłem sprawdzać stawy, kości, mięśnie, skórę, ale zgodnie ze słowami siostry, urazów nie znalazłem. Siostry. Nie spytałem nawet, jak ma na imię.
- No dobrze, pani...?
- Ilona. Ilona Kotowicz.
- Pani Ilono. - Zrobiłem kolejnych kilka notatek w karcie. - Dobra wiadomośc jest taka, że pani brat nie jest połamany, zła jest taka, że zostaje tutaj dopóki nie ustalimy, czemu jest w katatonii. Albo dopóki się nie obudzi. Albo i to i to.
- A jak długo to może potrwać?
Złożyłem kartę i schowałem do folderu przyczepionego w nogach łóżka.
- Nie wiem. To nie ortopedia urazowa, żeby stwierdzić czy się zrośnie w pięć czy sześć tygodni. Psychiatria ma specjalne prawa czasowe.
To z powodu tej kobiety mówię o nim "malarz", a nie "pacjent", czy "Gabriel", czy "pan Kotowicz". To ona tak skutecznie we mnie wtarła ten schemat, że wciąż nie mogę na niego inaczej spojrzeć. Zresztą to była też moja pierwsza myśl, pierwsze skojarzenie gdy zobaczyłem go leżącego bezwładnie na łóżku w izbie przyjęć - że widziałem go wcale nie tak dawno temu, w galerii, na wystawie, na otwarciu wystawy, na otwarciu na które wszedłem z ulicy; nie wiedziałem wtedy, że jest malarzem, zauważyłem tylko jego wygląd, jego białe włosy, jego trzyczęściowy garnitur skrojony w przedwojennym stylu. Teraz jego siostra mi tłumaczyła, że to jest Gabriel Kotowicz, że jest m a l a r z e m, nie wariatem, a ja przypominałem sobie tę sztywną, elegancką postać z galerii, i porównywałem z tym bezwładem leżącym przede mną.
- Proszę pani - powiedziałem w końcu, gdy jej nerwowe trajkotanie przebiło się przez myśli. - Proszę spokojnie. Ja pani przeczytam co mam tutaj w karcie pacjenta, co spisała pielęgniarka przyjmująca, a pani mi powie, czy jest zgodne z prawdą. - Nie czekając na jej reakcję zacząłem czytać. - Gabriel Kotowicz, urodzony 12 grudnia 1961 roku, zamieszkały w Warszawie. Przyjęty na izbę w stanie niezidentyfikowanej katatonii.
Kobieta kiwnęła głową.
- Domniemuję, że to pani znalazła brata.
Znów kiwnęła głową.
- Proszę mi opisać okoliczności w jakich pani go znalazła.
Brat nie odbierał telefonu od wczoraj rana, to zupełnie nie w jego stylu, on zawsze taki dobry dla rodziny, nawet gdy pracował, bo wie pan, m a l a r s t w o to potrafi pochłonąć, ale nie Gabriel, no i w końcu postanowiła wpaść, i znalazła go tak w łóżku...
- W łóżku? Czyli nie upadł, nie uderzył się?
No nie, chyba że zanim się położył, musiał tak leżeć co najmniej dobę, bo jego syn to nie zajrzy nawet do ojca, a córka ma już własne życie, zresztą ona zawsze taka z boku była...
- A proszę mi powiedzieć, czy brat na coś choruje? Szczególnie pytam o wszelkie zaburzenia neurologiczne, depresyjne...
Jej twarz zaczynała przybierać (zbyt) dobrze mi znany grymas pretensji i zniecierpliwienia, mina opiekunów domagających się natychmiastowych diagnoz i działań poza kolejką. Nie, proszę pana, mój brat jest zupełnie zdrów, tak, miewa swoje humory, swoje bóle głowy, swoje smutki, ale w końcu jest a r t y s t ą, jest wrażliwy...
Powoli dostrzegałem powracający motyw jej wypowiedzi. Wyciągnąłem z kieszeni latarkę i zaświeciłem malarzowi w oczy. Zapadły mi w pamięć jego oczy, taki dziwny kolor, ni to błękit, ni to szarość, ale jednak bardzo jasne, nie wyblakłe. Źrenice obkurczyły się. Powoli, idąc w stronę stóp, zacząłem sprawdzać stawy, kości, mięśnie, skórę, ale zgodnie ze słowami siostry, urazów nie znalazłem. Siostry. Nie spytałem nawet, jak ma na imię.
- No dobrze, pani...?
- Ilona. Ilona Kotowicz.
- Pani Ilono. - Zrobiłem kolejnych kilka notatek w karcie. - Dobra wiadomośc jest taka, że pani brat nie jest połamany, zła jest taka, że zostaje tutaj dopóki nie ustalimy, czemu jest w katatonii. Albo dopóki się nie obudzi. Albo i to i to.
- A jak długo to może potrwać?
Złożyłem kartę i schowałem do folderu przyczepionego w nogach łóżka.
- Nie wiem. To nie ortopedia urazowa, żeby stwierdzić czy się zrośnie w pięć czy sześć tygodni. Psychiatria ma specjalne prawa czasowe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz